|
|
|
|
|
|
|
|
![]() |
Oni grali dla Zagłębia. Krzysztof Koszarski, cz.1 |
| dodano: 09.11.09 r. | kategoria: Klub | |
![]() Kiedy w 1985 roku przyjechał do Lubina, to nie przypuszczał, że z Zagłębiem zwiąże się tak mocno i do dziś. Walczył o angaż ze Stanisławem Karwatem, niezłym ligowym bramkarzem, który później z powodzeniem bronił w Nimes i Martigues. I "Koszyk" wyszedł z tej rywalizacji zwycięsko, zaś kilkanaście lat później, już w Płocku, wyleczył z marzeń o grze w miejscowej Petrochemii Czesława Michniewicza. Z Zagłębia, w mało przyjemnej atmosferze, odchodził dwukrotnie, lecz za każdym razem z radością wracał. Bo tu jest jego dom i jego miejsce. I nie przez przypadek, zaś w pełni zasłużenie, przez kibiców Zagłębia Lubin został uznany za najlepszego golkipera w historii klubu. Przed Wami w trzech częściach, przy czym dziś prezentujemy pierwszą, sylwetka Krzysztofa Koszarskiego, który właśnie świętuje pięćdziesiąte urodziny. Na deser prezentujemy archiwalny wywiad z Panem Krzysztofem, który w 1988 roku przeprowadził na łamach "Konkretów" Zbigniew Jakubowski. Zobaczmy, jak swoją karierę widział "Koszyk" całe dwadzieścia lat temu. On sam powiedziałby pewnie. - Kiedy to zleciało... Strażnik świątyniW Pana karierze lubińska przystań jest trzecią z tych liczących się w polskim futbolu. Czy jednak jest sens porównywać poszczególne etapy kariery czołowego piłkarza kraju? - Takie porównanie absolutnie nie ma sensu. W Wiśle Płock dopiero zaczynałem. Tadek Prosowski uczył mnie, jak łapać nawet najtrudniejsze piłki. Był tylko instruktorem, ale najwięcej mnie nauczył. Dziś „tylko” instruktorzy ponoć nie mogą prowadzić zajęć z pierwszym zespołem. To taka uwaga dotycząca rozważań o kryzysie naszej piłki. Po spadku z ligi trafiłem do Radomiaka, bo tylko stamtąd była propozycja. To był inny świat. Działacze dosłownie biegali wokół nas, spełniając każde życzenie – oczywiście w granicach zdrowego rozsądku. Właśnie w Radomiaku – po awansie do I ligi – stałem się bramkarzem z nazwiskiem. I stał się Pan także bohaterem afery… - To był koszmar. Puściłem frajerską bramkę w meczu z ŁKS-em. Zwykła „szmata”, która weszła mi pod brzuchem. Działacze posądzili mnie o sprzedanie punktów. Atmosfera była ni do zniesienia. Pomówienia, dochodzenia na własną rękę, pyskówki itp. Wiedziałem, że muszę odejść. A tak z ręką na sercu – sprzedaliście mecz czy nie? - Za siebie ręczę… Pana transfer do Lubina zaskoczył specjalistów. Czołowy bramkarz w kraju wybiera się do bardzo, bardzo przeciętnej drużyny… - Idzie się tam, gdzie Ciebie chcą. W czasie gry w Radomiu miałem tylko jedną ofertę zmiany barw klubowych – do Górnika Wałbrzych. Ale złapałem poważną kontuzję. Naderwałem ścięgna Achillesa i pauzowałem pół roku. Myślałem nawet o zakończeniu kariery. Wiedziałem, że w Radomiu zostać nie mogę, trafiłem więc do Lubina. Za ile? - Przecież dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach. Gdy dziennikarz robi wywiad z poważnym chirurgiem, to przecież nie pytacie o zarobki. Taki układ jest dla mnie czymś normalnym. Czy sporo tzw. frajerskich bramek wpuścił Pan w swojej karierze? - Było kilka. W barwach Zagłębia taki mecz również mi się przytrafił. Znów mecz z ŁKS-em w Łodzi. Myślałem, że Chojnacki będzie dośrodkowywał, a tymczasem piłka zeszła mu z buta i łukiem szła na bramkę. Ja jeszcze zawinąłem ją ręką do własnej siatki. Pech lub brak koncentracji. Czy napastnikowi towarzyszy strach przed brutalnym wejściem napastnika rywali lub przy obronie karnego? - W trakcie gry nie myśli się o tym, co może być. Nie czuję strachu, może dlatego, że nigdy nie miałem kontuzji po brutalnym zagraniu. Natomiast rzut karny to już jest loteria. Jak ktoś strzela siłowo, to wcześniej wybieram róg, w który się rzucę. Z kolei przy strzałach technicznych staram się czekać do końca. Co jest Pana silną, a co słabą stroną na murawie? - Na pewno brakuje mi centymetrów, więc stąd nie najlepsza gra na przedpolu. Natomiast chyba nieźle prezentuje się na linii bramkowej. Najgorzej jest z wysokimi wrzutkami na głowę. Wolę mieć wtedy Gienka Ptaka w pobliżu siebie. Czy są naszej lidze napastnicy, których akcji, strzałów obawia się Pan szczególnie? - Tacy byli, ale już wyjechali grać w zagranicznych ligach. Teraz jestem trochę na uboczu Ekstraklasy, więc nie wiem, czy ktoś zasługuje na miano postrachu bramkarzy. Bo tak naprawdę liczba strzelonych goli o niczym nie świadczy. Na pewno cierpnie skóra, gdy przy piłce są Dziekanowski, czy Urban, ale mam nadzieję, że jesienią i oni wyjadą. A koledzy z drużyny? - Ptaka boję się ze względu na jego grę głową. Natomiast po strzałach Kujawy ręce mam opuchnięte albo wykrzywione. Dobrze, że obaj grają w Lubinie… Jak z pozycji bramkarza ocenia Pan drugoligowe rozgrywki? - Tabela prawdę Ci powie… W chwili obecnej dysponujemy taką siłą ognia, że mecze w drugiej lidze są spacerkami. Nieźle idzie gra w drugiej linii, a i z przodu widać wyraźny postęp. Nie wychodzi nam atak pozycyjny, ale jest to przecież bolączka całego polskiego futbolu. Podoba mi się Marciniak, który jest niesamowicie odważny i gra trochę w angielskim stylu. Do obrony także nie mam zastrzeżeń, może dlatego, że jeszcze nie została wystawiona na poważną próbę. Gdyby jeszcze Chwaliszewski i Pietrzykowski grali pewniej na bokach, to mógłbym pewnie czytać gazetę w bramce (śmiech). Czy to oznacza, że nie macie już motywacji do lepszej gry? - Stawką jest…Turcja. Jeżeli zdobędziemy 53 punkty, czyli więcej niż przed rokiem Ruch Chorzów, który awansował, to wówczas ponoć zarząd zafunduje nam wycieczkę do Turcji. Ja wprawdzie byłem w tym kraju wraz z Radomiakiem, ale nie mam nic przeciwko temu, aby pojechać tam jeszcze raz. Szuka Pan zagranicznego klubu? - Na Zachodzie bramkarze „nie idą”. Jeśli miałoby się spełnić moje marzenie, to chciałbym zagrać w lidze włoskiej. A może tak w europejskich pucharach Zagłębie wpadłoby na włoski team… Tak wysoko mierzycie? - W przeciętność bawiliśmy się przez trzy lata. Dlatego teraz trzeba iść albo bardzo wysoko, albo ta zabawa nie będzie miała sensu. A jak długo zagra Pan w barwach Zagłębia? - Pierwszy sezon po wywalczeniu awansu i…później zobaczę. Następcę już Pan ma? - Na razie dziesięcioletni Patryk zaczął kopać piłkę w Zagłębiu. Młodszy, Kamil ma sześć lat i na razie woli chodzić do przedszkola zamiast na stadion. Jak wspomina Pan reprezentacyjną przygodę? - Bardzo sympatycznie. Czy nie marzy się Panu powrót do kadry prowadzonej przez Wojciecha Łazarka? - Wszystko ponoć jest możliwe, ale teraz trener bramkarzy stawia na dobrych bramkarzy, chyba lepszych ode mnie. Inna rzecz, że po wyjeździe Młynarczyka w Polsce brakuje klasowych specjalistów od łapania piłek. Czy w Pana ślady pójdzie Kędziora? - Ogromny talent. Razem pracowaliśmy na zgrupowaniu. Szkoda, że nie trenuje z pierwszym zespołem. Ma szansę sporo się nauczyć i bardzo szybko zająć moją pozycję. Tylko, że zajęcia z rówieśnikami, moim zdaniem, nie wniosą zbyt wiele w rozwój jego umiejętności. Ma Pan trzydzieści lat i jest to chyba najlepszy wiek dla bramkarzy… - To prawda, ale chyba rekordu Zoffa nie pobiję… Źródło: Zagłębie Lubin SA Foto: Tomasz Folta | ||
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||