|
|
|
|
|
|
|
|
![]() |
Czy pamiętasz ten mecz cz.5? Trudy beniaminka |
| dodano: 21.10.09 r. | kategoria: Klub | |
![]() - Jak można było zwolnić Różańskiego? On się nie podobał działaczom, bo stawiał warunki i chciał o wszystkim decydować. Nie podobał się piłkarzom, bo nie dość, że męczył na treningach, to wieczorem sprawdzał, czy nie balują w „Lutni” albo w „Kosmosie”. Przeżywali go d Artagnan. Odszedł Różański, skończyło się przyzwoite granie. Podobno działacze zabiegają o jego powrót - dowodził jeden z kibiców Zagłębia. Na półmetku sezonu 1985/86 Zagłębie Lubin, jako beniaminek ekstraklasy, zajmowało ostatnie miejsce w tabeli. Sytuacja zespołu była trudna, choć po dwóch zwycięstwach w końcówce rundy wcale nie dramatyczna. Czy "Miedziowym" udało się zachować pierwszoligowy byt? W naszym cyklu "Czy pamiętasz ten mecz", do którego powracamy po kilku tygodniach przerwy, przedstawiamy kulisy sezonu 1985/86. Przypomnimy, jakie nastroje panowały w ekipie Zagłębia na półmetku sezonu oraz jakie były prognozy fachowców. Jednocześnie jesteśmy winni wyjaśnienie tym, którym spodobał się nasz cykl i którzy mają do nas pretensje, że na dłuższy czas odłożyliśmy go do lamusa. Chcielibyśmy prezentować takie materiały cyklicznie - choćby co tydzień - lecz uwierzcie nam, mamy naprawdę mnóstwo roboty i nie zawsze jest czas, aby poszperać w pamięci lub archiwach, a następnie przelać to na "papier". Niemniej jednak solennie obiecujemy, że będziemy się starali wracać do cyklu możliwie jak najczęściej. Teraz zaś oddajemy głos "kartom historii". ![]() Na początek prezentujemy Wam felieton, którzy wyszedł spod pióra ś.p. redaktora Krzysztofa Mętraka, dziennikarza oraz felietonisty "Piłka Nożna", uznawanego za geniusza w dziedzidzie, w której pracował i która była jego pasją. ZADYSZKA W LUBINIEPrzygody ligowe lubińskiego Zagłębia przywołują na pamięć różne, dawniejsze perypetie beniaminków, którzy od początku mieli poważne kłopoty z zaaklimatyzowaniem się pośród najlepszych i których nerwowe działania działaczy ani rusz do tego celu nie przybliżały. Z pewnego oddalenia widać lepiej, że brak tradycji i nawyków, jakich nabywa się przez doświadczenie, mści się srogo. Piłkarze nie przyzwyczajeni do wymogów ekstraklasy plus zdezorientowani działacze – i oto mamy szybkie efekty, klub jest już teraz pierwszym kandydatem do spadku i dostarczycielem punktów innym. Prawdziwi kibice nie mają w tym interesu, wszak zmniejsza to ilość niewiadomych w lidze i same rozgrywki są przez to odrobinę mniej ciekawe. Wprawdzie może zbyt szybko grzebiemy w felietonie szanse lubinian – w futbolu, jak tego dowiodły liczne doświadczenia, prorocy nieraz parzyli sobie ręce – do końca rozgrywek jeszcze daleko, ale kolejne posunięcia kierownictwa klubu zdają się spadek przyzywać. Niejasne roszady z trenerami, w wyniku bezhołowie szkoleniowe, zła atmosfera, brak integracji zespołu, słaba motywacja psychiczna. Dodaję specjalnie „psychiczna”, gdyż motywację do gry zwykło się u nas kojarzyć bądź z grubym panem z równie wypchaną teczką, bądź bardziej nowocześnie – z czekiem bankowym. Jeśli idzie o tego rodzaju bodźce, to nie ma powodu przypuszczać, że w Lubinie kształtują się one poniżej przeciętnej krajowej. I tak też niosą słuchy. Tyle że tam poczyniono różne bezsensowne wydatki, które już wychodzą drużynie bokiem. Kujawa, Stelmasiak, Kowalski, Krakowski, jako kandydaci na zbawców górniczego Zagłębia – no, to już wolne żarty. Ja wiem, że nasz rynek futbolowy jest ubogi, że tu nie przebiera się jak w ulęgałkach, że nie każdy klasowy gracz jak Budka, skłonny jest odbywać kwarantannę z dala od czołowych ośrodków życia i futbolu, ale też wiem, że nietrafione zakupy nie dość, że nie procentują, to jeszcze psują klimat w klubie i w drużynie. Być może , że Ci piłkarze, którzy zdobyli awans, nie gwarantowali swym poziomem sportowym utrzymania się w ekstraklasie. Zapewne jednak mieli oni swoje ambicje i można było w większym stopniu im zaufać. Zastępując ich różnymi ligowymi „wędrowniczkami” szybko roztrwoniono ten kapitał ambicji, jaki zapewne niektórzy wiązali z awansem. Jest to bolesna nauczka, tyle tylko, że z podobnych nauk rzadko dziś kto korzysta, wszyscy wydają się skazani na naukę od nowa, wszyscy podlegają tym samym, złym standardom myślenia. Awans – i następnie nerwowe rozglądanie się dookoła, a dookoła przecież pustka i kilku znanych „Jaśków-podróżniczków” do wynajęcia, którzy gotowi są do gry zarówno w Mszanie Dolnej jak Honolulu (z tym że lepiej w Honolulu). Oni – nawet niechcący i poza kontrolą działaczy – wprowadzają ferment do zespołu, rozbijają kolektyw, marnują postawy ofiarne. Nie twierdzę, że akurat w Lubinie miały miejsce te wszystkie negatywne zjawiska, ale chyba wolno podejrzewać tamtejszych działaczy o coś więcej niż zwykłe roztargnienie. Do dziś nie panują oni nad sytuacją, a każde ich następne posunięcie świadczyć może tylko o tym, że awans przyszedł za… szybko. Nie chce w to tylko wierzyć 12-tysięczna rzesza kibiców, którzy przychodzą na tamtejszy stadion z niesłabnącą nadzieją, że wszystko może się jeszcze odmienić. Podobna wiara – jak powiadają – może czynić cuda, ale przestrzegam, nie za często, nie za często… Na razie na występach Zagłębia tracą nerwy jego zwolennicy, ale i traci sama liga, do której ten klub nie wnosi żadnych wartości. Krzysztof Mętrak Jak rzekliśmy na wstępie, na półmetku rozgrywek 1985/86 Zagłębie Lubin było w fatalnej sytuacji. Brakowało punktów, goli, zawodników w pełni przygotowanych do gry. W dodatku żonglowano trenerami. O podsumowanie tego stanu rzeczy, a następnie dociekanie, dlaczego tak się dzieje pokusił się wówczas młody, prężnie działający dziennikarz, wtedy dopiero wychodzący z cienia - Paweł Zarzeczny. PO CO NAM TO BYŁO? – zastanawiają się mieszkańcy Lubina i niestety takie pytanie jest uzasadnione. Beniaminek nie wniósł do ligi niczego, prezentował wyjątkowo kiepską dyspozycję i zatrważający brak skuteczności. Dziesięć goli w osiemnastu spotkaniach to kompromitujący dorobek. Ostatnie miejsce w tabeli nie powinno zaskakiwać nikogo. Aż trzech szkoleniowców prowadziło zespół Zagłębia podczas tej przedłużonej rundy. Nieźle, mimo wszystko, wystartował Eugeniusz Różański, lecz działacze z Lubina nie wykazali szczególnej cierpliwości i chyba dziś żałują, że rozstali się z trenerem, który wprowadził Zagłębie do ekstraklasy. Żadnych efektów nie przyniosła praca Andrzeja Wojciechowskiego, drużyna pogrążała się coraz bardziej. Na tym tle korzystnie wyróżnia się krótki okres pracy Grzegorza Szerszenowicza – dwa zwycięstwa na finiszu rozgrywek, w tym pierwszy w ogóle triumf na wyjeździe. Te sukcesy na pożegnanie jesieni nie powinny jednak mylić. Ot, trafili się równie słabi rywale. Główną przyczyną tak nieudanych występów w I lidze były chybione, dość pochopnie przeprowadzone transfery. Kowalski i Stelmasiak (napastnik bez gola!) mają już chyba najlepsze mecze za sobą, Krzysztof Budka dłużej leczył kontuzję niż grał – w sumie ci trzej znani z ligowych boisk piłkarze zawiedli. Bardzo słabi obaj bramkarze (dlatego klub poszukuje trzeciego), przeciętna obrona, w której o dziwo dobrze radził sobie piłkarz o wyłącznie A-klasowym stażu – Wałowski. Pomoc i napad to na razie w Zagłębiu pojęcia umowne. W tej szarzyźnie trudno kogokolwiek wyróżniać, jeśli jednak już podjąć się tego karkołomnego zabiegu, to do jaśniejszych punktów zespołu należeli Ptak, Krakowski i Kurant. Zagłębie Lubin jest jednym z kandydatów do spadku. Do niedawna – był to kandydat murowany (PZ). Lubin odpowiada. DLACZEGO?Andrzej Wojciechowski (trener Zagłębia Lubin): Przed sezonem próbowaliśmy określić możliwości własnego zespołu. Różański widział Zagłębie na szóstym, ewentualnie siódmym miejscu w lidze. Ja myślałem o jedenastej lokacie. Jeśli lepiej, to chwała zawodnikom. Niestety, w tabeli nie ma już za nami nikogo. Jerzy Fiutowski (sekretarz sekcji): Panuje taka opinia, że Zagłębie stać na kupienie połowy reprezentacji. To może i prawda, że każdemu piłkarzowi możemy dać o te dwadzieścia złotych więcej niż w innych klubach. Ale to jest Lubin, tu nie przyjedzie grać żaden piłkarz, który poważnie myśli o Meksyku. A bardzo potrzebny jest nam zawodnik, przy którym pozostali uwierzą we własne siły. Pokażą przecież dużo, pokazali to zresztą w drugiej lidze. Mieczysław Kulczycki (wiceprezes ds. piłki nożnej): Ekstraklasa stawia określone wymagania, ale w końcu to nie jest Oxford lub Cambridge. Mam świadomość, że w Lubinie tkwi nie wykorzystany potencjał i to mnie martwi najbardziej. Mam własny pogląd na kłopoty beniaminków w lidze. Kiedy drugoligowcy grają w ekstraklasie po swojemu – tak jak przed awansem – wszystko układa się dobrze. Kiedy jednak zaczynają naśladować styl gry pierwszoligowców, zaczynają się problemy. Zmiana stylu gry jest przedwczesna, niepotrzebna. Nie ma najczęściej ani odpowiednich wykonawców, ani oparcia w umiejętnościach, ani niezbędnej rutyny. Sądzę, że Zagłębie zbyt szybko zatraciło swój styl. To nie jest odważny, ofensywny zespół, jaki pamiętamy z rundy wiosennej drugiej ligi. Nie chciałbym kłopotów piłkarzy z Lubina wiązać z osobą byłego trenera, Eugeniusza Różańskiego. Klubowi nie jest potrzebna taka polemika. Pytaliśmy jednak o przyczyny naszych niepowodzeń wielu trenerów i niektóre opinie mogę przytoczyć. Ryszard Kulesza, który przebywał kilka dni w Lubinie i oglądał zespół stwierdził, że drużynie brak dynamiki, że wynika to z niewłaściwego planu treningów. Według niego większość błędów w przygotowaniu zespołu popełniono jeszcze w drugiej lidze, zwłaszcza w okresie zimowym. Inni trenerzy poproszeni o konsultację formułowali swą ocenę następująco: - zespół jest „zajechany”. Taksówkarz z Lubina: Dość długo woziłem swoim mercedesem Chwaliszewskiego, ale kiedy rachunek doszedł do trzydziestu sześciu tysięcy, zacząłem upominać się o pieniądze. I wie pan, co się okazało? Piłkarze od dwóch miesięcy nie widzieli ani grosza, bo w lidze wszyscy ich leją. Dopiero teraz za zwycięstwo z Motorem dostali podobno po czterdzieści tysięcy. Ale jak przyszło do zwracania długu, Chwaliszewski mówi: Pożycz z pięć tysięcy na życie. To ja już nie wiem, czy im się tak dobrze powodzi, jak mówią kibice. Kibic: Jak można było zwolnić Różańskiego? On się nie podobał działaczom, bo stawiał warunki i chciał o wszystkim decydować. Nie podobał się piłkarzom, bo nie dość, że męczył na treningach, to wieczorem sprawdzał, czy nie balują w „Lutni” albo w „Kosmosie”. Przeżywali go d Artagnan. Odszedł Różański, skończyło się przyzwoite granie. Podobno działacze zabiegają o jego powrót. Mieczysław Kulczycki: Staraliśmy się o zatrudnienie trenera Ksola, ale spotkaliśmy się ze sprzeciwem władz województwa gorzowskiego. Oni też chcą mieć u siebie dobry futbol. Miss Polonia plus kolarz Piasecki – to nie wszystko. Ireneusz Powroźnik (kierownik drużyny): Mówienie o tym, że awans przyszedł rok za wcześnie nie jest żadnym wykrętem. Ten awans wywalczyło zaledwie dwunastu piłkarzy. Na niektóre mecze w drugiej lidze woziło się byle kogo, żeby tylko zapełnić ławkę rezerwowych, żeby nie okazywać słabości. Teraz to się mści. Andrzej Wojciechowski: Tak zwane frycowe można płacić raz, dwa razy, ale to musi się kiedyś skończyć. Zdaję sobie sprawę, że w hierarchii trenerskiej jestem na niższym szczeblu, że być może chłopcom jest potrzebny trener z nazwiskiem. Przyznam szczerze, że przejmowanie drużyny po Różańskim nie było mi do końca na rękę, akurat kończyłem studia trenerskie, mam sporo egzaminów i dlatego wahałem się przed podjęciem decyzji. Pomyślałem jednak, czy tym chłopakom nie trzeba pomóc. Nawet jeśli moja praca będzie tylko epizodem, nawet jeśli wkrótce przyjdzie nowy trener, to będzie potrzebował wielu szczegółowych informacji o zespole, o przeprowadzonych treningach. Mimo że ściągnął mnie do Lubina Różański, naprawdę nie mogłem wraz z nim odejść. Krzysztof Budka: Nam nie jest potrzebny trener z nazwiskiem. Chcielibyśmy raczej, by ten ruch wokół zespołu się skończył. Najpierw Różański, później Wojciechowski, pokazują nam Ksola, w gazetach czytamy o Kuleszy – można się pogubić. Na obecnego trenera nikt z piłkarzy nie narzeka. Andrzej Wojciechowski: Nie mogę jednoznacznie ocenić, czy transfery Budki i Stelmasiaka były udane. Trudno ich ocenić, albo się leczą, albo grają z kontuzjami. Trochę im się nie układa. Marian Kowalski, który miał prowadzić grę w Lubinie, jest mówiąc krótko „zajechany”. Na obozie w Wągrowcu Gienek (Różański – przyp. red.) poszedł chyba za mocno. Zbigniew Stelmasiak: Kowalski? Byłem zdziwiony, gdy usłyszałem, że ma prowadzić grę Zagłębia. W Wałbrzychu, gdzie razem występowaliśmy, nigdy nie był rozgrywającym, zresztą było to przy Ciołku niemożliwe. On powinien grać na bocznej pomocy. Nie ma w Lubinie piłkarza, który mógłby pokierować grą, tak – jak Ciołek w Wałbrzychu względnie Tarasiewicz we Wrocławiu. Krzysztof Budka: Kiedy Wisła Kraków spadała z ligi, był to dużo silniejszy zespół od Zagłębia. W Lubinie przydałoby się jeszcze trzech dobrych graczy ligowych. Wtedy można myśleć nawet o miejscu w środku tabeli. Na razie to jest nierealne, pozostaje walka o czternastą lokatę. Andrzej Wojciechowski: Nie można oklapnąć, trzeba walczyć do końca. Zbyt wiele zainwestowano, żeby teraz powiedzieć „przepraszam, nie wyszło”. Ireneusz Powroźnik: W drugiej lidze Ptak grał stale z kontuzją, wcale nie trenował, a mimo tego strzelał wiele goli. Teraz „Ptaszek” jest zdrów i nie potrafi trafić do siatki. Pół roku temu Wichłacz bronił tak dobrze, że chciano go od nas odkupić. W Gdańsku puścił do bramki strzał z czterdziestu metrów. Nie tylko oni nagle zgubili formę. Krzysztof Budka: Do słabych punktów klubu zaliczam opiekę lekarską , wyżywienie i sprzęt sportowy dla piłkarzy. Te sprawy mają wpływ na naszą postawę na boisku. Ujemny wpływ. Zbigniew Stelmasiak: W Lubinie zbudowano wspaniały stadion, jeden z najładniejszych w kraju. Jest jednak tak duży, że nawet dziesięć tysięcy kibiców niknie na trybunach, widać tylko puste ławki. Wolelibyśmy grać na starym obiekcie. Wyniki – tak jak wszyscy sądzą – byłyby znacznie lepsze. Jerzy Fiutowski: Gdyby Zagłębie miało parę punktów więcej, mielibyśmy już kilku kandydatów do objęcia funkcji pierwszego trenera. Ponieważ jesteśmy na dnie tabeli, nikt nie kwapi się do tego, by lecieć z nami do drugiej ligi. Taka jest prawda. Mieczysław Kulczycki: W Lubinie jest ogromne zapotrzebowanie na sport, zwłaszcza na futbol. Są odpowiednie warunki, by tym oczekiwaniom sprostać. Zagłębie nie jest najsłabszym zespołem ligi i wierzę, że prędzej, czy później wydobędziemy się z tarapatów. Najbardziej pracują ci, którym nie idzie. Notował: Paweł Zarzeczny *** Ostatecznie po 30 kolejce Zagłębie Lubin uplasowało się na 12. Lokacie w tabeli. Drużyna zdobyła 25 punktów (8 zwycięstw, 9 remisów, 13 porażek, bilans bramkowy: 22-32). Plecy „Miedziowych” oglądali Motor Lublin, Lechia Gdańsk, Bałtyk Gdynia oraz Zagłębie Sosnowiec. Źródło: archiwum Zagłębia Lubin (serdecznie dziękujemy za materiały Panu Piotrowi Pałaszewskiemu!) Foto: archiwum | ||
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||