Chcesz wyrazić swoje zdanie na temat Zagłębia Lubin? Napisz artykuł, felieton lub komentarz i wyślij na adres redakcja@zaglebie.kghm.pl
Transmisja z meczów Zagłębie Lubin tylko na antenie Radia Wrocław na częstotliwości 102,3 FM.

Oni grali dla Zagłębia. Andrzej Turkowski
dodano: 14.06.09 r. kategoria: Klub
Kilkanaście lat temu był jednym z bohaterów naszej drużyny. Jego nazwisko było doskonale znane wszystkim fanom Zagłębia Lubin. Tak jak dziś wszyscy oklaskują Michała Stasiaka, czy Szymka Pawłowskiego, tak wówczas kibicowska brać darzyła ogromnym szacunkiem Andrzeja Turkowskiego. W historycznym sezonie, w którym po raz pierwszy awansowaliśmy do Ekstraklasy rozegrał maksymalną ilość minut we wszystkich spotkaniach ligowych. Poza tym jest strzelcem pierwszej bramki na wysłużonym już stadionie GOS w Lubinie. O tym, że potrafił grać w piłkę przekonuje się dzisiejsza młodzież Zagłębia Lubin. Żaden z tych chłopaków nie dał mu jeszcze rady w „siatkonogę”. Naprawdę warto „odświeżyć” sylwetkę nieco zapomnianego już zawodnika.



Jak to się zaczęło w Pana przypadku ? Gdzie zaczął Pan grać w piłkę, ile miał wówczas lat?
- Trafiłem do juniorów Włókniarza Leśna bardzo późno, będąc w ósmej klasie. Rozegrałem tam parę meczów, dokładnie nie jestem w stanie powiedzieć ile ich było, by następnie trafić do pierwszego zespołu, którzy wówczas grali w lidze okręgowej. Dostałem się do kadry seniorów wspólnie z kolegą. Graliśmy już w pierwszej drużynie, ale w ważnych meczach przechodziłem do juniorów, z którymi wywalczyliśmy Mistrzostwo Dolnego Śląska Juniorów Starszych. Dzięki temu później zagraliśmy w Mistrzostwach Polski. W mistrzostwach zagraliśmy mecz z Odrą Opole, w której składzie występował Roman Wójcicki, a ja do dziś pamiętam, że wygraliśmy z nimi 2:1 u siebie, a ja strzeliłem jedną bramkę. Lecz niestety w dalszej fazie rozgrywek przegraliśmy z Miedzią Legnica, która wtedy była bardzo mocna w tym okręgu i odpadliśmy. Z Włókniarza trafiłem do wojska do Lubania, zaś już po wojsku dostałem propozycję gry w Gryfowie Śląski. To jest region jeleniogórski. Był to klub okręgowy, a jak wiadomo, w tamtych czasach oprócz gry w piłkę trzeba było także pracować. Trzeba było to jakoś pogodzić. Po krótkim pobycie w Gryfowie dostałem propozycję gry w Lechii Piechowice w III lidze. Wtedy na Dolnym Śląsku III liga była dosyć mocna. Po trzech latach pobytu tam w sezonie 81/82 otrzymałem szansę zaprezentowania się w Zagłębiu Lubin. Trenerem naszego klubu był wtedy nieżyjący już Stanisław Świerk.

W jakim wówczas był Pan wieku?
- Miałem dwadzieścia cztery lata. Akurat w Lubinie zrobiono taki „spęd” , bowiem pojawiło się bardzo dużo chłopaków . Na pierwsze zgrupowanie pojechało trzydzieści sześć osób. Byli między innymi tacy zawodnicy jak Mietek Olesiak ze Śląska Wrocław, Zenon Członkowski także ze Śląska, czyli osoby znane wówczas w naszym regionie.

Jak Pan pojechał na to zgrupowanie, to nie był jeszcze pewny gry w Zagłębiu?
- Nie, nie. Tym bardziej, że w pierwszych meczach byłem zawodnikiem rezerwowym. Lecz po którymś spotkaniu wywalczyłem sobie miejsce na lewej obronie, choć zdarzało się, że grałem także na lewej pomocy. Natomiast na początku mojej kariery grałem na prawej pomocy. Już jednak w Zagłębiu trener zadecydował, że widzi mnie na lewej obronie i na tej pozycji funkcjonowałem w zespole.


Co Pana wyróżniało na boisku ?
- Zdrowie do biegania! (śmiech)

Bardzo skromne podejście do sprawy, tym bardziej, że żaden z pańskich podopiecznych, ani też wielu innych zawodników nie jest Pana w stanie ograć w tzw. siatko nogę. Wychodzi na to, że technika użytkowa też była w porządku.
- Nie zamierzam się teraz chwalić. Mogę jedynie przyznać, że w tym elemencie nienajgorzej to wyglądało. Muszę dodać, że przy moim wzroście bardzo dobrze grałem głową. Skąd to się wzięło? Był taki okres, jeszcze we Włókniarzu Leśna, akurat powstał klub siatkarski. I gdy przychodziła jesień, zima, ja chodziłem na siatkówkę. Muszę się pochwalić, że w którymś sezonie wywalczyliśmy mistrza juniorów na Dolnym Śląsku. Wygraliśmy wówczas finał z Komunalnikiem Jelenia Góra, ale w Mistrzostwach Polski już nie grałem, bowiem wówczas byłem już zawodnikiem Lechii Piechowice. Wtedy już zdecydowanie postawiłem na piłkę. Lecz dzięki tej siatkówce wypracowałem sobie skoczność. Zawsze potrafiłem sięgnąć piłkę w najwyższym punkcie. Dzięki temu, że mocno i wysoko skakałem, w lidze radziłem sobie bardzo dobrze.

Niewielu pamięta, że między innymi Pan był zawodnikiem, który Zagłębie Lubin wprowadzał do I ligi.
- To prawda. I akurat w tym miejscu muszę się pochwalić. Jestem chyba jedynym zawodnikiem, który rozegrał w tamtym sezonie 1983/84 maksymalną ilość minut w trzydziestu sześciu spotkaniach.

Trenerem już wtedy był Eugeniusz Różański?
- Tak i to za jego trenowania zrobiliśmy ten awans. Mnie osobiście kontuzje, choroby, dlatego rozegrałem wszystkie spotkania w pełnym wymiarze czasowym. Chociaż wówczas w składzie było paru zawodników, którzy też występowali w większości spotkań: nieżyjący Sławek Kurant, Janusz Kubot, Wiesiek Stańko. Lecz w ich przypadku niekiedy miały miejsce zmiany taktyczne, na parę minut ktoś tam za nich schodził. Ja zaś wtedy grałem na zupełnie innej pozycji. Grałem jako defensywny pomocnik albo na środku obrony.

Kto Pana przesunął do środka pola ?
- Trener Różański. Stało się tak ze ponieważ przyszedł do nas Bylicki z Wałbrzycha na lewą obronę, na prawej stronie grał Mądrochowski. Najprawdopodobniej ze względu na moje zdrowie do biegania grałem z Januszem Kubotem na środku pomocy. Byłem jednak pomocnikiem, który miał więcej defensywnych obowiązków.

Co było siłą tamtego Zagłębia Lubin, które awansował do I ligi pod wodzą Różańskiego ?
To były inne czasy. W zespole panowała naprawdę świetna atmosfera. Zgromadziła się wówczas fajna grupa chłopaków, mnóstwo czasu spędzaliśmy razem. Pamiętajmy, że ten awans nie został wywalczony od razu. Przed nami awansował Górnik Wałbrzych, z którym przegraliśmy 1:0, później Lechia Gdańsk, a na koniec dopiero my. Ówczesna drużyna Zagłębia była budowana przez jakiś okres, ten awans nie zrobił się nagle. Często bardzo chętnie wracamy do tamtych czasów. Za trenera Różańskiego liczyło się zdrowie i gonitwa. On akurat preferował takie treningi, po których goniliśmy jak psy.

Jest spora różnica pomiędzy tym jak się wówczas trenowało, a jak się trenuje obecnie?
- Jest duża. Dzisiaj nad pracą nad kondycją jest kontrola. Są przecież prowadzone badania medyczne, są trenerzy od przygotowania motorycznego, organizmy zawodników są stale monitorowane. Poza tym sztab trenerski ma obecnie większe doświadczenie po stażach zagranicznych. Dla mnie różnica jest bardzo duża. Patrząc , kto mnie trenował i w jaki sposób, to dziś nie jestem w stanie sobie wyobrazić jak by to wyglądało, gdyby z obecną młodzieżą trenowano nadal tak samo. Niektórzy po prostu robili nam krzywdę.

Nie miał Pan jakiś większych problemów ze zdrowiem ?
- Miałem dwa razy złamany obojczyk, piątą kość śródstopia także miałem złamaną, poza tym miałem przywodziciel naderwany. To takie kontuzje, które piłkarzy nie omijają. Takie urazy typowo boiskowe.

A który okres przygotowawczy wspomina Pan jako najgorszy?
- Ten, który się odbył za kadencji trenera Różańskiego. Robiąc awans do I ligi, wyjechaliśmy na obóz

Jak wyglądał taki typowy dzień obozu przygotowawczy za trenera Różańskiego?
-Rano jeszcze przed śniadaniem była pobudka. Mieliśmy robiony pomiar tętna i wychodziliśmy na rozruch. Trwał on różnie trzydzieści, czterdzieści minut w zależności od humoru trenera. Po śniadaniu znów odbywał się trening, i w zależności od tego co zaplanował szkoleniowiec, był to trening stacyjny, czy inny. Pamiętam, że był to bardzo ciężki okres dla nas, bowiem trening stacyjny był robiony na dworze, gdzie zalegał śnieg. A w takich zajęciach występowały różne stacje, w których pojawiały się płotki, piłki. Po tych zajęciach był jakiś marszobieg, a następnie obiad. Było jednak i tak, że szliśmy na siłownię, tam mieliśmy trening stacyjny. Po nim przebieraliśmy się na miejscu, mokre ciuchy szły do autokaru, który wiózł je do pralni, my z kolei przebieraliśmy się w suche i szliśmy w góry na trening biegowy. Wychodzi więc, że mieliśmy jakby dwa treningi w jednym. Na siłowni zajęcia trwały sześćdziesiąt, siedemdziesiąt minut, a kolejną godzinę do półtorej spędzaliśmy na marszobiegu po górach. Po obiedzie kolejny trening, który także zależał od tego, jak sobie to ułożył szkoleniowiec: trening stacyjny, interwały, różnie. Następnie była kolacja, a po niej tak zwane: gry i zabawy na sali gimnastycznej. Piłka ręczna, małe gry piłkarskie, piłka nożna. Obojętnie co, ale gra nie była tak o sobie, o pietruszkę, tylko zawsze grało się o coś. I to był czwarty trening w ciągu dnia.

Po ilu dniach mieliście dość ?
- Chyba już po dwóch dniach. Mało tego, w tym okresie przygotowawczym rozgrywaliśmy trzynaście, czternaście spotkań kontrolnych! Oczywiście, czasami tych spotkań było osiem, dziesięć. Niemniej jednak było tego ich zdecydowanie więcej niż teraz. Biorąc to wszystko pod uwagę, po takim okresie przygotowawczym, po tylu rozegranych meczach kontrolnych i tylu treningach, ówcześni piłkarze powinni jechać do jakiegoś sanatorium na leczenie (śmiech).

Wychodzi więc na to, że wtedy było Wam bliżej do ligi angielskiej, zważywszy na ilość spotkań, jakie rozgrywaliście w sezonie.
- Wliczając w to mnóstwo gier sparingowych, faktycznie było tego bardzo dużo. Przede wszystkim należy jednak wspomnieć o jeszcze jednej istotnej dla piłkarza kwestii: opieka medyczna, której nawet nie można porównać do tej dzisiejszej. Medykamenty z których teraz można korzystać np. witaminy, odżywki, o czymś takim jedynie mogliśmy pomarzyć. W okresie zimowym owoce czy inne źródła witamin nie były dostępne. Mogliśmy jeść tylko surówki, kapustę kiszoną, ogórka kiszonego. Jedzenie dla piłkarzy wyglądało tak jak w domu, czyli talerz zupy, dwie, trzy kromki chleba, drugie danie ziemniaki, kotlet, sos (śmiech).

A później po takim okresie przygotowawczym czuliście się zajechani ?
- Zawodnicy z mniejszą wydolnością i wytrzymałością, bo wiadomo, że zespół dzieli się na szybkościowców i wytrzymałościowców, mieli bardzo ciężko. Potrzebowali naprawdę dużo czasu, by już w lidze wejść na odpowiedni poziom, by dojść do siebie, złapać trochę świeżości.

Nie było takiej możliwości jak jest obecnie, że tych zawodników o predyspozycjach szybkościowych oszczędzało się podczas zajęć?
- Dziś faktycznie tak jest, ale w latach, w których ja grałem w piłkę, wszystkich wrzucało się do jednego wora. Kto to wszystko wytrzymał, to grał, kto nie wytrzymał, to był wyłącznie jego problem.

Jaki sezon uważa Pan za swój najlepszy w Zagłębiu Lubin ?
- To mogę powiedzieć śmiało, że za najlepszy uważam okres, w którym wywalczyliśmy awans do ekstraklasy. Pamiętam, że miasto żyło tym sukcesem, kibice dziękowali nam na każdym kroku. Przypomnę, że w pierwszym roku na najwyższym szczeblu średnia liczba kibiców na naszych meczach wyniosła dwadzieścia sześć tysięcy! Dwadzieścia sześć tysięcy! To aż się w głowie nie mieści.

Niewielu wie, że jest Pan strzelcem pierwszej bramki na starym stadionie GOS.
- Tak, to prawda, choć nie miało to miejsca w pierwszym meczu ligowym, tylko w spotkaniu, jakie rozegrano z okazji otwarcia obiektu. Zagraliśmy wówczas z Pogonią Szczecin. Do przerwy przegrywaliśmy 0:1, a gola dla rywali strzelił obrońca Makowski. Wyrównałem ja, również obrońca. Rywale chcieli nas łapać na spalonego. Akurat miałem piłkę przy nodze, więc zamarkowałem długie zagranie. Gracze Pogoni wybiegli do przodu, ja zaś od połowy boiska popędziłem sam na ich bramkę. Wówczas dostępu do niej strzegł jeszcze Długosz. Po moim strzale piłka przeszła mu między nogami.

Pojawiła się duża satysfakcja ze strzelenia pierwszej bramki na otwarcie stadionu?
- Bardzo. Bo jak wspomniałeś, to było otwarcie stadionu, masa ludzi na trybunach, to i satysfakcja wielka.

Czy w jakiś sposób uhonorowano Pana za tego gola?
- Nie, nie. Wyróżnili mnie jedynie tym, że brałem udział w otwarciu Dialog Arena (śmiech). Osobiście przyznam, że jestem z tego dumny, że dostąpiłem takiego zaszczytu. Jest to dla mnie super pamiątka, którą będę wspominał równie mile jak tego gola przeciwko Pogoni. A skoro już jesteśmy przy tamtych czasach, przypomnę, że w pierwszym meczu ligowym, który był rozgrywany u nas z GKSem Katowice, to ja dograłem piłkę w akcji, w której Gienek Ptak strzelił głową zwycięskiego gola na 1:0.

Jest Pan w stanie policzyć ile mniej, więcej spotkań rozegrał w barwach Zagłębia Lubin?
- Oj, ciężko mi odpowiedzieć na to pytanie.

To może inaczej. Dlaczego musiał Pan odejść z Zagłębia?
- To był okres zawirowań. Trenerem został pan Szerszenowicz, który ściągał do klubu swoich zawodników. Akurat na moją pozycję ściągnął Gierejkiewicza i bardzo mu to pasowało. Mnie zaczął rzucać na lewą stronę boiska, na prawą, robił ze mnie skrajnego pomocnika, a ta pozycja nie za bardzo mi odpowiadała. Uważałem, że spędziłem tu tyle czasu w Zagłębiu, że w tym okresie pewną pozycję sobie wyrobiłem. Wcześniej wszyscy trenerzy byli zadowoleni z mojej gry, a przyszedł pan Szerszenowicz, ściągnął sobie z Jagielonii Gierejkiewicza i musiał go gdzieś ulokować. Może nie darzył mnie sympatią, chciał tak jakby mnie troszeczkę wysadzić (śmiech).

Każdy trener ma swoją koncepcję.
- Oczywiście, każdy ją ma i jestem w stanie to zrozumieć. Lecz nie będę ukrywał, ten okres nie był dla mnie przyjemny, tym bardziej, że ja już nie byłem młodym chłopakiem.

Odszedł Pan do Pogoni Szczecin?
- Nie, nie, jeszcze nie wtedy. Wówczas wyjechałem do Niemiec. Trafiłem do Victorii Koeln. Grałem tam przez trzy lata. Następnie dostałem propozycję gry z Nowego Jorku. Rok czasu zabawiłem w klubie Polish Amercian Eagles, po czym wróciłem do Polski. Wtedy dostałem propozycję gry w Pogoni Szczecin. Pogoń występowała wówczas w II lidze, ale walczyła awans do I ligi. Po przegranym meczu z Górnikiem Wałbrzych, otrzymałem telefon, że chcieliby się ze mną spotkać akurat w nowym Bomabolu. Tam bowiem jedli kolacje. Przyjechałem i porozmawiałem z ówczesnym prezesem Pogoni, panem Rynkiewiczem. Zaproponowano mi grę w Szczecinie, na co przystałem. Wkrótce razem z Pogonią wywalczyłem awans do I ligi z pierwszego miejsca . Jeszcze rok po tym sukcesie grałem w tym klubie.

Kto był wtedy trenerem Pogoni ?
- Eugeniusz Różański, później Leszek Jezierski, a po nim Romuald Szukiełowicz. Bardzo mile wspominam pracę z tym trenerem.

W Pogoni łącznie grał Pan dwa lata ?
- Tak.

Co się później z Panem działo ?
- Wróciłem do Lubina i otrzymałem propozycję gry w Zagłębiu. To był sezon 1992/93. Grałem w Zagłębiu przez rok, po czym wróciłem do Niemiec, do Victorii.

Końcówkę kariery spędził Pan jednak w Miedzi Legnica.
- Tak, lecz należy pamiętać, że będąc w Miedzi miałem już prawie 40 lat! Drużyna walczyła o utrzymanie, zostało im do rozegrania osiem albo dziewięć spotkań. Dyrektorem klubu był wówczas Marian Putyra, a trenerem Jerzy Fiutowski. Dałem się namówić na występy w Miedzi i nie żałuję, ponieważ grałem we wszystkich spotkaniach. Za moją grę pochwalono mnie nawet gdzieś w prasie (śmiech).

Jest Pan zadowolony z tego jak potoczyła się pańska kariera piłkarska ? Może coś by Pan zmienił, czegoś Pan żałuje?
- Żałuję tylko jednej rzeczy, mianowicie tego, że człowiek za szybko się urodził. Patrząc na chwilę obecną, na to jaki start do piłki ma nasza młodzież i porównując to z tym, co my mieliśmy, to jest naprawdę żal. Opieka medyczna, baza treningowa, sprzęt, zdecydowanie bardziej wyedukowani trenerzy. Różnica między moimi czasami, a obecnymi jest kolosalna. Przede wszystkim mamy wgląd na mecze zagraniczne. Możemy na bieżąco kontrolować, oglądać, czytać to wszystko, co się dzieje w ligach europejskich. Kiedyś nie było takiej możliwości. Jak się gdzieś obejrzało Ligę Mistrzów, to już był sukces. Nie było skąd czerpać wzorców. Z kolei teraz można jeździć na staże, można podglądać lepsze zespoły, kiedyś było to nie do pomyślenia.

Jest Pan obecnie trenerem młodzieży. Co takiego najbardziej chciałby Pan zaszczepić swoim zawodnikom?
- Najbardziej staram się im uświadamiać cel, do którego dążą. Chcę, żeby mieli pełną świadomość tego po co oni przychodzą na treningi do klubu. Chcę, by odpowiedzieli sobie na pytanie, czy chcą grać w piłkę, czy przychodzą na zasadzie: „pobawię się, bo koledzy chodzą na treningi, to i ja pójdę”. Jeżeli podejście zawodnika jest właśnie takie, że przychodzi, ponieważ nudzi się w domu, to nic z tego nie będzie. Trzeba mieć jasno sprecyzowany cel i usilnie do niego dążyć. Poza tym przydałoby się trochę dyscypliny, bo dzisiejsza młodzież jest taka jaka jest i dzisiaj o dyscyplinę u niej jest bardzo ciężko. Ponadto dużo pracujemy nad techniką, wprowadzamy także elementy taktyki , by chłopcy wiedzieli jak poruszać się po boisku, jak współpracować z kolegami. Chodzi o to, że jeżeli zawodnik trafi gdzieś wyżej, to żeby podstawowe elementy nie były dla niego nowością. Jako trenerzy staramy się grać takim samym systemem jak pierwszy zespół, czy ewentualnie tak jak drużyna grająca w Młodej Ekstraklasie, by każdy junior, który do nich trafi, był przygotowany do funkcjonowania na danej pozycji. Treningi są w miarę zbliżone i jeśli któryś zawodnik trafi za jakiś czas do pierwszego zespołu, to będzie potrafił się tam odnaleźć. To wszystko jest bardzo ważne. Etapy pracy wykonuje się tak jak w pierwszym zespole, choć oczywiście z tą różnicą, że obciążenia są zmniejszone. Obozy przygotowawcze, wyżywienie jest również takie jak przy pierwszym zespole.

To jest to, czego kiedyś wyraźnie brakowało.
- Bardzo. Byłem ostatnio w Gutowie na zgrupowaniu z młodzieżą i powiem tak: takie posiłki, jakie nam zaserwowano, pomieszczenia w jakich mieszkaliśmy, boiska na których trenowaliśmy, gabinety odnowy z których mogliśmy korzystać codziennie, bufety, to z ręką na sercu, będąc w ekstraklasie w Zagłębiu Lubin czy Pogoni Szczecin z czymś takim się nie spotkałem.

Jak by miał Pan wymienić swój najlepszy mecz w Zagłębiu Lubin, to które by to było spotkanie spośród wielu, jakie Pan rozegrał?
- Wskazałbym mecz z GKS Katowice, w którym wprawdzie nie strzeliłem bramki, ale dograłem piłkę przy zwycięskim golu Gienka Ptaka. To był to mój pierwszy mecz w najwyższej lidze, pamiętam go więc doskonale. Nabiegałem się wówczas niemiłosiernie. Wiem, że wiele osób chwaliło mnie po tym meczu. Jak już wspomniałem, to był mój debiut, a także debiut Zagłębia w Ekstraklasie. Jak człowiek wyszedł na tą płytę, kiedy popatrzył na tłum na trybunach, to wówczas adrenalina skoczyła w górę. To było dla mnie ogromne przeżycie. Pamiętam, że z moich rodzinnych stron przyjechało ze cztery albo pięć autokarów wypełnionych ludźmi! Jeśli podczas takich spotkań na trybunach zasiadało dwadzieścia, czasami trzydzieści tysięcy osób, to człowiek aż chciał wychodzić na boisko i grać dla tych ludzi!


Rozmawiał: WW/Zagłębie Lubin SA
Foto: 90minut.pl

Ekstraklasa
10.09.2010 godzina: 17:45
Polonia Bytom
vs
KGHM Zagłębie Lubin
czytaj więcej
lp klub m p w
1 Polonia Warszawa 4 10 3
2 Jagiellonia Białystok 4 10 3
3 GKS Bełchatów 4 9 3
4 Wisła Kraków 4 9 3
5 Korona Kielce 4 7 2
6 Górnik Zabrze 4 6 2
zobacz całą tabele
Ekstraklasa
28.08.2010 godzina: 19:15
1:0
KGHM Zagłębie Lubin Arka Gdynia
   zobacz szczegóły meczu