 Wczoraj rozpoczęliśmy nowy cykl zatytułowany „Z kart historii”, w którym będziemy wspominać dawne mecze z udziałem Zagłębia Lubin. Natomiast dziś inaugurujemy kolejny „Oni grali dla Zagłębia”. Będziemy w nim przedstawiać sylwetki zawodników, którzy kiedykolwiek ubierali koszulkę „miedziowego”. Zaczniemy dość nietypowo, bo nie od Zejera, Baki, Szczypowskiego, ale od…Mariusza Piekarskiego. Dlaczego właśnie od „Piekario”?! Ha, przeczytajcie poniższy tekst i sami się przekonajcie.
Jeszcze do niedawna w Polsce postrzegało się go jako zawodnika o olbrzymim potencjale, któremu jednak słaby charakter nie pozwolił zrobić kariery, do jakiej był predestynowany. Dla jednych wieczny balangowicz, który wsławił się choćby słynnym występem w stanie lekko wskazującym przed kamerami Polsatu, który transmitował imprezę sylwestrową organizowaną przez Piotra Świerczewskiego. Dla drugich niesamowity luzak, ale przy tym niezwykle inteligentny facet, mający ogromną wiedzę na temat piłki nożnej , mający w zanadrzu równie ogromną garść anegdotek, którymi sypie jak z rękawa. Grał w jednej drużynie z Romario, „wyrwał” miss Brazylii, miał zagrać w kadrze Canarinhos, był oskarżony o bigamię, sprowadził do Polski Edsona i Rogera, jest także uznawany za jednego z najlepszych polskich menadżerów. Jaki naprawdę jest Mariusz Piekarski?
W piłkę zaczął kopać w rodzinnym Białymstoku. Po pewnym czasie trafił do miejscowej Jagiellonii pod skrzydła trenera Ryszarda Karalusa, który skupił wokół siebie grupę niezwykle utalentowanych chłopaków: był Piekarski, a także Bogusz, Citko, Frankowski, czy Jurkowski. Każdy z nich w kolejnych latach bardzo mocno zaakcentował swoją obecność w polskiej Ekstraklasie. - Miałem chyba siedem lat gdy dowiedziałem się, że Jagiellonia organizuje nabory do sekcji trampkarzy. Ponieważ gra na podwórku sprawiała mi przyjemność i nieźle mi szło, postanowiłem zapisać się do prawdziwego klubu. W Białymstoku wszyscy kibicują Jadze i dlatego wybór był prosty. Pewnego dnia, nic wcześniej nie mówiąc o swoich planach rodzicom, wsiadłem do miejskiego autobusu i "na gapę" pojechałem na stadion. Nie pamiętam jak byłem tego dnia ubrany, ale na pewno miałem na nogach tzw. trampkokorki. Mówiąc szczerze, to zdejmowałem je właściwie tylko do snu, bo całe dnie po lekcjach spędzałem na grze w piłkę z kolegami. Ku mojej przeogromnej radości przeszedłem wszystkie testy i przyjęli mnie do klubu. Byłem wtedy bardzo szczęśliwy. Do domu nie wracałem już jednak autobusem. Bałem się, że złapią mnie kontrolerzy i całą powrotną drogę przeszedłem – wspomina „Piekario”, który w tym zespole wiosną 93 roku zadebiutował w Ekstraklasie. W tej rundzie zdobył także premierowego gola. Z Jagiellonii trafił jako gołowąs do Polonii Gdańsk, zaś z tego klubu, mając ledwie dwadzieścia lat, przeszedł do Zagłębia Lubin. – W tej rundzie chciałbym zagrać jeszcze co najmniej kilka dobrych spotkań. Myślę, że stać mnie na to, żeby powalczyć o miejsce w pierwszym składzie, po to zresztą zostałem tu ściągnięty. Ale gdyby nawet się nie udało, to dla drużyny ważne jest, żeby była szeroka kadra, wtedy każdy dostanie szanse. Co do konkurencji, to wcześniej dużo słyszałem o Darku Dziarmadze, którego widziałem choćby w meczu z Milanem. Razem z Wojtkiem Górskim zagrali wtedy najlepiej w Zagłębiu – mówił młodziutki piłkarz tuż po przyjściu do Lubina.

(Podczas wygranego 2:1 meczu ze Śląskiem Wrocław - pierwszy z prawej)
W Zagłębiu zadebiutował 24 marca 1996 roku w meczu z Lechem Poznań (2:2). Na boisko wybiegł w środku pola obok Górskiego i Szczypkowskiego, a 51 minucie pokonał pierwszego w historii polskiej ligi czarnoskórego bramkarza, Gifta Musadziego. – Mogę być zadowolony z meczu z Lechem. Mam zresztą takie szczęście, że w każdym swoim debiucie strzelam bramkę – uśmiechał się błyskotliwy pomocnik. Na tle kolegów imponował niesamowitym wyszkoleniem technicznym i przeglądem pola. Kwestią czasu było to, kiedy odejdzie do zagranicznego klubu. Co ciekawe, nie trafił ani do Hiszpanii, ani do Włoch, Francji, czy Niemiec, tylko do…Brazylii. - Pewnego razu nasza reprezentacja, trenowana przez Edwarda Lorensa, pojechała do Brazylii. Zagraliśmy towarzyskie mecze, a mnie zauważyli wówczas poszukiwacze talentów – wspomina Mariusz, o którego wykupienie zabiegało Atletico Paranese Kurtyba. Piekarski koniecznie chciał odejść, ale Zagłębiu nie uśmiechało się puszczać piłkarza, który rozegrał w Lubinie dopiero jedną rundę (15-1). - Dzięki swojej bezczelności udało mi się wyrwać. Było tak... Zagłębie kupiło mnie za dwa miliardy złotych, a po ledwie pół roku Brazylijczycy dawali za mnie 7,5 miliarda. I prezes nie chciał mnie puścić! Byłem zrozpaczony, widziałem już, że Lubin to nie miejsce dla mnie. Co tu kryć – ciągnie mnie do dużych miast, w małych czuję się jak na wygnaniu. No to powiedziałem: - Jak mnie nie puścicie, to już tu nigdy nie przyjadę! Oczywiście kłamałem, bo bym przyjechał, ale zagrałem tę scenę na tyle dobrze, że ustąpili. Gdyby nie to, kto wie, jak by się potoczyła cała kariera. Nie zwiedziłbym świata, nie nauczył się języków, nie poznał ciekawych ludzi, nie miałbym tak fajnego pomysłu na życie, jaki mam teraz – wspomina na swoim blogu Mariusz, który ciekawie opowiada także o swoich początkach w kadrze. - Jak miałem 16 lat, dostałem powołanie do juniorskiej reprezentacji Polski. Wiecie dlaczego? Bo trener spytał mojego kolegi, czy Piekarski już podrósł. A że kolega potwierdził, to mnie wezwano. Kilka centymetrów mniej i siedziałbym w domu – mówił piłkarz. Lecz dorosłej reprezentacji nie podbił. Zagrał tylko w dwóch spotkaniach i na tym zakończyła się jego przygoda w koszulce z orzełkiem na piersi. - Kiedyś gra w reprezentacji Polski to był zaszczyt, teraz to obowiązek! Haha, biorą każdego, jak do wojska. Możesz się próbować wymigać, ale jak jesteś w wieku poborowym, to cię i tak dopadną – w swoim stylu komentował powołanie dla Marka Wasiluka z Cracovii.
W Atletico stworzył polski duet z nieżyjącym już Krzysztofem Nowakiem. Kiedyś do Lubina na testy przyjechało dwóch Brazylijczyków z Parany – pomocnik Wanderlei Marquins Neguinho i Rodrigo Jose Maccarao. Obaj w samych superlatywach wypowiadali się o Polakach. – Piekarski! Nowak! Very good players! – przekrzykiwali się łamaną angielszczyzną. Mały niesmak powstał dopiero kilka lat później, gdy Nowak na łamach powiedział. – Piekarski w ogóle nie był gwiazdą w Brazylii. Opowiada bajki, on tam praktycznie nie grał…
Panowie mieli zupełnie odmienne charaktery, w Brazylii nie było im też specjalnie po drodze, ale niepotrzebnie ze strony równie świetnego Nowaka (dla wielu nawet lepszego niż Mario) padło kilka gorzkich słów…
Po półtora roku gry w Atletico „Mario-Piekario” przeszedł do wielkiego Flamengo. – Miałem szafkę obok Romario. To był gość. Pamiętam jednego dnia zajechał spóźniony na trening. Wszyscy czekają na niego, żeby można było wyjść na zajęcia. A on siedzi w aucie i słucha ulubionego przeboju. Gdy piosenka się skończyła, Romario zrobił ruch ręką w kierunku odtwarzacza i…utwór poleciał jeszcze raz. Dopiero po jakimś czasie wyszedł z auta, przebrał się i mogliśmy iść na trening – opowiadał Piekarski. - Nigdy nie zapomnę, jak graliśmy na Maracanie przeciwko Vasco. U nas – oprócz mnie, hehe – Savio i Renato Gaucho (dzisiaj trener Fluminense), u nich Edmundo i Juninho Pernambucano... Na trybunach ponad 100 tysięcy ludzi. Ponad 100 tysięcy! Potem pojemność tego stadionu zmniejszono, ale wrażenie było niezapomniane. Zremisowaliśmy 1:1... Aha, przypominam sobie, że przed meczem telewizja robiła reportaż o dwóch „dziesiątkach”, czyli o mnie i o Juninho (tym, co teraz gra w Lyonie). Jeździliśmy razem po Rio, rozmawialiśmy. On mnie zaprosił na kuchnię z Pernambucano (bardzo pikantna), a ja go na pierogi, do takiej małej polskiej knajpki, która mieściła się koło plaży Ipanema. W ogóle miło oceniam ten okres. Od meczu z Velezem w Argentynie (w bramce Chilavert), gdzie zagrałem bardzo dobrze i wygraliśmy 3:0, miałem pewne miejsce w składzie. Fajnie, jak po jednym ze spotkań wybrano mnie najlepszym piłkarzem i zaproszono do studia telewizyjnego, gdzie siedziałem razem z Juniorem (88-krotny reprezentant Brazylii, który rozegrał ponad 800 meczów we Flamengo). A przebić się nie było łatwo. Jak zostałem piłkarzem Flamengo, pojechaliśmy na tournee do Europy. Pierwszy mecz był z Realem Madryt. Real – w najsilniejszym składzie. Wynik? 3:0 dla Flamengo. Potem jeszcze 3:1 z Valencią (tą z Mendietą w składzie). Wtedy sobie pomyślałem: „uhu, gdzie ja trafiłem?” – wspominał na swoim blogu. - Grało się tam przyjemnie. W Brazylii dwa razy zajmowałem czwarte miejsce w lidze, co jak na 24 zespoły nie jest złym wynikiem. Co ciekawe, czasami mieliśmy treningi na plaży, co było pożyteczne – bardzo to wzmacnia siłę nóg i potem jak człowiek wychodził na murawę, to czuł, jakby fruwał.
W Brazylii wiódł królewskie życie. „Wyrwał” miss Brazylii, z którą nawet zalegalizował związek. Z tego powodu posądzono go później o bigamię. Kiedyś brazylijska prasa napisała, że Piekarski może spodziewać się powołania do kadry Canarinhos. Bzdurę, najpewniej primaaprilisową, momentalnie podchwyciła prasa polska, a rzecz miała miejsce po tym jak Polak zdobył piękną bramkę. W Rio mieszkał w specjalnej dzielnicy dla sportowców, choć nawet i tam nie było do końca bezpiecznie. - Miałem dwupoziomowy apartament z widokiem na jezioro, na górze był też duży taras i basen. Po mnie to mieszkanie wziął Alberto (grał w Udinese) i miał pecha – przez wjazdem na podziemny parking ktoś podszedł z pistoletem i kazał mu wysiadać. W samochodzie była też żona i dziecko. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Ja miałem więcej szczęścia – jedyne, co mi zginęło w Rio, to materac z tarasu – uśmiechał się Piekarski. Z Flamengo trafił do Mogi Mirim, a następnie do francuskiej Bastii, gdzie ściągnął go trener Henryk Kasperczak. Polska prasa sugerowała konflikt między rodakami. Dowodzono, że „Henry” mówi w szatni wyłącznie po francusku, po to, żeby Piekarski nauczył się języka. Mariuszowi taka sytuacja miała się nie podobać, tym bardziej, że nie wiedział, czy śmiechy w szatni nie dotyczą czasem jego osoby. Piłkarz w jednym z wywiadów stanowczo jednak zaprzeczał tym rewelacjom.
Po roku spędzonym w Bastii (13-0) zdecydował się na powrót do Polski. To był jednak schyłek kariery zawodnika, który przez trzy lata spędzone w Legii Warszawa rozegrał stosunkowo niewiele spotkań. Łapał mniej lub bardziej poważne kontuzje, w dodatku nie był ulubieńcem trenera Dragomira Okuki. Jesienią 2002 roku wyjechał na Cypr, gdzie wspólnie z byłym zawodnikiem Zagłębia Sławomirem Majakiem, Radosławem Michalskim i Wojciechem Kowalczykiem tworzył polską kolonię. Niestety dla zawodników, trener Edward Lorens nie do końca solidaryzował się z Polakami. Pisał o tym w swojej biografii Wojciech Kowalczyk: „Najgorzej miał Piekarz, bo Lorens zamieszkał tuż obok niego, na tej samej ulicy. I oto objawiła się druga natura naszego szkoleniowca. - Ja mam przewalone! - mówił Mario. - Moja kobieta nawet po domu w majtkach nie może pochodzić bo ten stoi i patrzy! Edek chodził na spacery, przystawał przy oknach sąsiadów i tak patrzył, co tam u Piekarskich słychać. Ja rozumiem, że żona Mariusza ma co pokazywać, ale bez przesady, żeby sobie kino urządzać. A już całkiem współczuliśmy Piekarzowi, gdy grała polska liga. Mariusz miał w domu Cyfrę+, więc trener ciągle przesiadywał u niego i oglądał.
- I co, jak było? - pytaliśmy dzień później.
- Daj mi święty spokój, chociaż Ty!”
Na Cyprze, podczas meczu pucharowego, Mariusz Piekarski znów złapał kontuzję. Ostatnią w karierze. - Dla kogoś kto całe życie grał w piłkę, decyzja o zakończeniu kariery musi być bardzo trudna. Tak też było w moim przypadku. Nie wpadałem w panikę, ale myśl, że coś odchodzi bezpowrotnie i to w dodatku coś bardzo ważnego, nie była przyjemna. Po pewnym czasie i wielu rozmowach z moją narzeczoną Agnieszką Sarnecką postanowiłem definitywnie zakończyć grę. Nie zerwałem jednak kontaktów z piłką, gdyż działam w niej intensywnie, tylko na innej płaszczyźnie – komentował decyzję Piekarski, który faktycznie zaczął działać w piłce jako menadżer. Za swój pierwszy sukces na tej niwie uznaje sprowadzenie do Legii Edsona i Rogera, którzy wydatnie pomogli drużynie spod znaku „elki” zdobyć mistrzostwo Polski. Przed kolejnymi rozgrywkami Piekarski wzmocnił brazylijską kolonię Eltonem Brandao, Danielem Lopesem Cruzem. To już jednak nie były strzały w dziesiątkę – pierwszego wyrzucono z klubu za jazdę autem po pijaku, drugi nie przebił się do składu.

Nie zraziło to jednak „Piekarza”, który nadal, i to z sukcesami, działa w nowej dla siebie roli. Swoje interesy powierza mu coraz więcej zawodników, a magazyn Futbol.pl umieścił go na drugim miejscu (za Jarosławem Kołakowskim) w rankingu polskich specjalistów od transferów. W międzyczasie zawarł związek małżeński ze swoją narzeczoną. - Unikam masowych imprez. Nadchodzi czas grillowania i to jest mój ulubiony sposób na wolne chwile w okresie wiosny i lata – przekonuje „Piekario”, wciąż jedna z najbardziej rozpoznawalnych postaci w polskiej piłce. Wieczna dusza towarzystwa. Dziś prężny menedżer – jak czytamy o nim w zapowiedzi jego bloga.
PIEKARSKI O PICIU I IMPREZOWANIU: To nie przedszkole. Każdy jest dorosłym człowiekiem i wie, co mu w wolnym czasie wolno, a co nie. Skończył się mecz, każdy mógłby jechać do domu. Gdyby zbliżały się ważne spotkania w klubach, trzy godziny po końcowym gwizdku połowy piłkarzy już by nie było w hotelu. A tu co? Piłkarze dawno się nie widzieli, stęsknili się za sobą, poszli porozmawiać, pośmiać się, z niektórymi poznać się lepiej. Szklanka whisky czy piwo to taki problem? Grałem w kilku krajach i wiem, jak wygląda rzeczywistość. W Brazylii po meczu wyjazdowym zostawało się często na noc, a trener mówił tylko: - O 8.30 wyjazd autokarem. Żeby się nikt nie spóźnił... O tym, co robił Romario, pewnie już kilka książek powstało. W Bastii debiutowałem w meczu przeciw PSG w Paryżu. Nie było tam jeszcze Ronaldinho, ale byli Okocha czy Simone. Przegraliśmy 0:2, po spotkaniu cała drużyna ruszyła na dyskotekę. Tam spotkaliśmy chłopaków z PSG. I co – wszyscy się pobawili, a potem pojechali do domu. Alkohol jest dla ludzi, trzeba wiedzieć kiedy, z kim i ile. Ale generalnie zawsze po spotkaniu piłkarze idą gdzieś posiedzieć, napić się. Jednym wystarcza jedno piwo, innym pięć. Jak się wygrywa, to bardziej dyskoteka. Jak się przegrywa, raczej spokojny lokal. Ale element odstresowania występuje zawsze i na całej kuli ziemskiej. Nie my to wymyśliliśmy i nie my jesteśmy w tym najlepsi. Myślicie, że Anglicy nie dają w palnik? Naprawdę nie widzę, gdzie tu problem. I tak następnego dnia zawsze jest rozbieganie, lekki trening, można wszystko wypocić. A że piłkarze lubią spędzać ze sobą czas – to nawet lepiej. Problem byłby, gdyby nie mogli na siebie patrzeć i tylko patrzyli, jak wyjechać ze zgrupowania. Budowanie atmosfery polega też na tym, żeby czasami zarwać noc. Odespać każdy zdąży.
Źródło: Zagłębie Lubin (Wypowiedzi Mariusza Piekarskiego pochodzą z następujących źródeł: Weszło.com, Legia.com, Biografia Wojciecha Kowalczyka, źródło własne)
Foto: archiwum Zagłębie Lubin SA, legia.com.
|